NIESZCZĘŚLIWIE OKAZAŁO SIĘ, ŻEM ZŁAMAŁA NOGĘ. ROZDZIAŁY POJAWIĄ SIĘ Z OPÓŹNIENIEM (ZNOWU). ;_____________________;
Rozdział III. Matthew — 27.04
Rozdział IV. Iris — 10.05

Żonkile daje się osobie, którą kochamy bez wzajemności, a chryzantemy oddajemy zmarłym.
Podczas ślubu swojej dawnej miłości — Matthew poznaje piękną Sylvię. Za to życie jego siostry rozpada się po pogrzebie koleżanki z pracy. Rodzeństwo Thacker jest od siebie różne. Matthew to nieśmiały romantyk, a Iris... Iris potępia go na każdym kroku. Obydwoje poznają jednak kogoś, kto może odmienić ich życie na zawsze.

Obserwatorzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Rozdział II. Iris

||
Bycie Iris Wayne stało się naprawdę uciążliwe jakieś cztery miesiące wcześniej. Myślałam jednak, że to wszystko przejdzie; zgryźliwość i chłodność odejdzie w zapomnienia, a ja i James znów zaczniemy się do siebie uśmiechać. Prawda okazała się zupełnie inna. A zawsze sobie powtarzałam: „nie wychodź za mąż, Iris, to źle się skończy. Faceci to idioci”. Szkoda, że nikt mi wcześniej nie powiedział, że czasem potrafią być przystojni.
James taki był. Przystojny, z poczuciem humoru i złośliwy. Ale ja lubiłam tę złośliwość, wcale mi nie przeszkadzała. Potrafiliśmy się świetnie ze sobą dogadać i przekomarzać. Mama, tata, brat i dziadkowie uwielbiali go i jego uśmiech, który uważali za zniewalający. To właśnie przy Jamesie poczułam jak to być kochaną, no i — cóż — jak to jest, kiedy czujesz, że nie wytrzymujesz, a wiesz, że odejście wcale nie jest takie łatwe. Ostatnio czułam się tak w szkole, gdy jak najszybciej chciałam pozbyć się koleżanek, za którymi (szczerze i do bólu) nie przepadałam. Ale w tamtym przypadku wiedziałam, że kiedykolwiek odejdę, nikogo nie zawiodę i stanę się wolna bez zbędnych przykrości. A z rozwodami już tak jest, że do łatwych nie należą.
Zaczęło się od tego, że pewnego dnia nie pojawił się na kolacji, choć dwie godziny wcześniej skończył pracę. Mogłam przymknąć na to oko, przecież ja też czasem się spóźniam, bo, na przykład, spotkam kogoś, a gdy zacznę mówić, to już nie przestaję. Pierwszą wpadkę miał przebaczoną. Drugą też, bo naprawdę miałam do niego słabość, a poza tym — sama nie chciałam się martwić, psuć dnia. Byłam zbyt wielką egoistką wolącą spędzić miło dzień niż główkować nad tym czy czasem mój mąż nie sypia z kimś innym. Mama twierdziła, że to wada, ja że zaleta. W końcu ludzie, którzy się nie martwią i nie denerwują żyją dłużej.
Trzecia wpadka, czy też „grzech”, Jamesa pominięte zostać nie mogły.
Gdy tylko wszedł do domu pachnąc perfumami i z śladem pastelowo-czerwonej szminki na szyi, musiałam interweniować. Nie pytałam, co robił, z kim i czy było fajnie, bo ja się nie denerwuję. Wzruszyłam tylko ramionami, a kiedy do mnie podszedł, żeby to wyjaśnić (obydwoje byliśmy bowiem bardzo inteligentni i domyślni, przecież cały nasz związek to domyślanie się wszystkiego), dałam mu w pysk. Oczywiście ciągle ze stoickim spokojem. Czułam się trochę jak Mary Carson* — potężna kobieta, ta która tu rządzi, ta której nikt nie przeszkadza, gdy mówi i ta której każdy jest posłuszny. 
James właśnie taki był — posłuszny — nie stawiał się, tylko wyszedł. Wtedy pozwoliłam sobie uronić kilka łez, przez co się zezłościłam. Nie ukrywałam przed nikim jak sprawa się miała. Fakt, czasem lubiłam tajemnice, ale w tym wypadku postanowiłam mówić prosto z mostu jak jest. Szkoda, że podczas reakcji na rodzinnym obiedzie, bardziej chciało mi się śmiać niż płakać.
— Ale, ale — matka się zacięła — ale jak to się rozwodzicie? 
— Tak normalnie — rzuciłam i dołożyłam babci zapiekanki. — To wcale nie takie dziwne, mamo. Ludzie tak robią...
— Chcesz nam powiedzieć, że było ci za dobrze i dlatego go zostawiłaś?!
Po słowach wuja Arnie'ego mama zakryła dłonią roztwarte szeroko usta, a babcia zatrzymała moją rękę, którą nakładałam jej już czwartą dokładkę.
Troszkę we mnie zawrzało. Postanowiłam jednak już dawno dać sobie spokój z wujkiem Arnie'em i jego podejściem do wszystkiego.
— Jak to mówią: wszystko jest możliwe, wujku — odpowiedziałam, a będący do tej pory w ogromnym szoku Matt, parsknął śmiechem i zasłonił usta dłonią, zupełnie jak mama.
Choć Matt się śmiał, a resztę z gracją wprawiłam w osłupienie, to w rzeczywistości, właśnie w tym momencie poczułam jak mi źle. Pustka i wielka chęć, aby ją ukryć, zaszyć, chciałam po prostu przytulić się do mamy albo, jeszcze lepiej, do Jamesa. Albo inaczej — do kogoś, kto by mnie zrozumiał na tyle, żeby mnie teraz przytulić i zabić pustkę. Pif-paf, nie żyjesz, bandyto.
Uświadomiłam sobie, że nigdy nie przyznam się do tego, że mąż mnie zdradził. Okazało się to być najtrudniejszą rzeczą w moim życiu, tylko dlatego, że moja duma mówiła: „nie rób tego!!! dopiero teraz zobaczą jaka jesteś żałosna!!!”. Nikt nie mógł wiedzieć, nawet mama czy Matthew, to by było zbyt bolesne. Ogłaszam, że największą porażką życiową Iris Thacker jest zdrada męża.
Swoją drogą — czy ta kobieta jest ładniejsza ode mnie?!
— Jasna cholera! — krzyknął wuj i uderzył pięściami o blat stołu aż mały Sid podskoczył na krześle. — Richard, dlaczego ty pozwalasz na takie rzeczy pod swoim dachem?! 
Tata siedział spokojnie i wpatrywał się w srebrny widelec z ulubionej zastawy stołowej mamy, a zarazem ich prezentu ślubnego. Przez pewien czas zapadła cisza, podczas której słychać było tylko wściekłe sapanie wuja Arnolda.
— Cokolwiek się nie działo, nie miało to miejsca pod moim dachem — stwierdził w końcu tata. — I niech tak pozostanie.
Nie miałam odwagi na niego spojrzeć, bojąc się jego chłodnych błękitnych oczu, dlatego wpatrywałam się w Matthew, który zdążył już opanować chichotanie. Nie wiem, co myślał o moim rozwodzie, czy to popierał. Wszyscy lubili Jamesa, Matt też, choć ostatnio odniosłam wrażenie, że odnosi się do niego z urazą.
Nikt już nic nie powiedział, słów na komentarze zabrakło nawet wujkowi, który poddał się woli starszego brata, widać było jednak, że potępia zasady taty. Zawsze taki był; dużo wrzeszczał, wyolbrzymiał, a potem udawał, że nic się nie stało. Właśnie dlatego znów jedliśmy, ale bez słów. Matthew wyraźnie chciał nawiązać ze mną kontakt wzrokowy, co oznaczało, że nie tylko ja miałam ochotę zamienić z nim kilka zdań. Oczywiście jemu się nie dziwię, ale na pewno będę musiała powiedzieć mu o  p o w o d z i e, dla którego się z Jamesem rozwodzimy. 
Cóż, jestem dużą kobitką. Improwizacja przede wszystkim.
Kulminacyjny moment spotkania nastąpił jednak dopiero wtedy, gdy babcia, zadziwiając wszystkich, a dziadka to nawet wprawiając w osłupienie (nie mógł zamknąć ust), wypaliła:
— Ja też chciałam się kiedyś z tobą rozwieść.


Po posiłku Matthew nie chciał mi odpuścić, zaszyliśmy się więc w moim starym pokoju z  e k s k l u z y w n ą  tapetą w kwiatki.
— Musisz mi coś chyba wyjaśnić — zaczął i odgarnął jasne włosy z czoła. — Iris, kurka, co się stało?
Tym razem „kurka” mnie nie rozbawiło, wydawało się zupełnie nieśmieszne. Pierwszy raz Matt może być ze mnie dumny.
— No wiesz — znów chcę być Mary Carson, dlatego odsuwam krzesło od małego stolika i siadam na nim zakładając nogę na nogę — nie ma o czym mówić. Okazało się, że James jest z niższej półki. I tyle. 
— To jego wina?
— Oczywiście — prychnęłam.
Matthew wyglądał tak jakby nie wiedział czy się cieszyć, czy smucić.
— Wiesz, na twoim miejscu, z czysto logicznego punktu widzenia, nie uwierzyłabym mi, bo w  t a k i c h  sytuacjach zawsze zrzuca się winę na tego drugiego. Ale biorąc pod uwagę to, że przeważnie kierujesz się emocjami, uznam, że zanim ci nie powiedziałam, to wierzyłeś mi. Poza tym jesteś moim bratem. Wy zawsze bronicie swoich sióstr, nawet starszych. Takich, które nie pytają, jak przeżyłeś ślub Niny...
To była najlepsza zmiana tematu w moim życiu.
— To nie tak, Iris... — szepnął, nagle zbity z tropu. — Ślub Niny nie był najgorszą rzeczą w moim życiu. — Ręce zaczęły mu się trząść. — Powinienem się cieszyć, bo jak kocha to wróci, ale... Nina nie wróci.
Moc jego słów, nie zważając już na to, że miał śmieszny, brytyjski akcent, uderzyła mnie gwałtownie. Serce zabolało. Ona nie wróci, tak samo jak moje zaufanie do Jamesa i brak wstydu.


*


W domu na Hoskins Street jak zawsze panowały ciemności. Nikt tu nie zapalał światła, a brak jakichkolwiek lamp ulicznych, przypominał mi tylko o tym, że w życiu jest ciemno jak w dupie u Murzyna. Nie, rasistowsko, trzeba to powiedzenie wykreślić z mojego słownika.
Odkąd kazałam Jamesowi kulturalnie zrobić wypad, radzę sobie z samotnością wmawiając sobie, że jest mi bardzo dobrze i że James Wayne był głupi. Dlatego właśnie, gdy siedziałam na fotelu, jeszcze w czerwonym palcie, pijąc czerwone wino z paznokciami pomalowanymi na czerwono, nie zdziwiłam się, widząc Jamesa Wayne'a w  m o i c h  drzwiach. Był głupi, więc przyszedł prosto w moje szpony.
Trzymał czarną ramoneskę przewieszoną przez ramię, jak zaawsze nieogolony i wpatrywał się we mnie niebieskimi oczami pełnymi żalu. Nie wstałam jednak i go nie zabiłam, brudząc dywan krwią, tylko dalej siedziałam, jakby nieobecna.
— Iris — dosłyszałam — myślę, że powinniśmy porozmawiać. Naprawdę, uwierz mi, ja nie chciałem, czułem po prostu, że jestem bezsilny wobec...
— O Boże, James, przestań mnie denerwować! — uniosłam głos, nie dając mu dokończyć. — Możesz nie wierzyć, ale nigdy już nie wrócisz na swoją dawną pozycję.
Zrobił kilka kroków w moją stronę, tak, że czułam jego oddech. Byliśmy w tym samym pomieszczeniu, zaledwie kilka centymetrów od siebie, a ja ciągle zachowywałam spokój.
Punkt dla Iris.
— Nie możesz mnie za wszystko winić — szepnął i przykucnął, łapiąc mnie za lodowatą dłoń. — Iris, naprawdę, zdawałoby się, że jesteś kompletnie aseksualna... Nie chodzi o to, że nie da się tak z tobą żyć, ale, wiesz...
Przez chwilę myślałam, że się przesłyszałam.

_______________________

* Mary Carson — jedna z postaci z książki Ptaki ciernistych krzewów.

5 komentarzy

  1. Ten rozdział również mi się podobał. O Iris na razie ciężko mi się wypowiedzieć, tak jak Matthew polubiłam od razu, tak Iris niekoniecznie. Dla jej osoby będę potrzebować więcej czasu. ;)
    A babcia z tekstem do dziadka o rozwodzie to mnie zabiła. xD Wygrała ten rozdział!
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. :) Co do Iris — jest zupełnie inna niż Matthew; on wydaje się być bardziej ciamajdowaty, nieśmiały, niezdecydowany, a Iris nie lubi okazywać słabości, jest szorstka i chce być damą.

      Usuń
  2. Rozdział, choć bardzo krótki, to mi się podobał. Ja zdecydowanie wolę perspektywę Iris niż jej brata. Lubię czytać o silnych i niezależnych kobietach, a ona właśnie taka wydaje się być. Widać, że do rozwodu nie podchodzi obojętnie i boli ją zdrada męża, chociaż na zewnątrz robi wszystko, by po sobie tego nie pokazać. Zdecydowanie wolę taką bohaterkę, niż tą, która pobiegnie do swojej mamy/przyjaciółki/siostry by się jej wypłakać na ramieniu. I tak samo, jak Ania, uważam, że ten tekst babci z rozwodem, był najlepszym zdaniem w całym powyższym tekście :) W ogóle podoba mi się ta cała rodzinka i wątek tego wspólnego rodzinnego posiłku. Odnoszę wrażenie, że mając przy sobie takich ludzi, to nie można się nudzić :)

    Z niecierpliwością czekam na więcej. Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nawiązanie do ptaków ciernistych krzewów i już mnie masz :) Jak na razie ciężko wysnuć jakieś wnioski co do bohaterów, Matthew trochę mnie wkurza taki ciamajda jak sama napisałaś :)

    Czekam na więcej

    http://royal-love-story.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Cześć!
    Szukając czegoś nowego do poczytania wpadłam na twojego bloga i postanowiłam przeczytać pierwszy rozdział. Nie byłam pewna czy tematyka bloga mi podpadnie, ale jestem naprawdę mile zaskoczona! Bardzo podoba mi się sposób, w jaki piszesz, czytało mi się szybko i lekko i nawet uśmiechnęłam się w kilku momentach :)
    Jak na razie bardziej podoba mi się wątek Matthew, chociaż wszystko jeszcze może się zmienić, jako że to dopiero początek.
    No i podpisuję się pod stwierdzeniem, że babcia wygrała ten rozdział :P
    Serdecznie pozdrawiam i życzę weny :)
    (chambermaid-in-oxford.blogspot.com)

    OdpowiedzUsuń