Żonkile i chryzantemy

EDIT. MHM. NO FAJNIE, ŻE SIĘ UDAŁO. PRACE NAD ROZDZIAŁEM CIĄGLE TRWAJĄ. JA ŻYJĘ. [03.05.17].

Żonkile daje się osobie, którą kochamy bez wzajemności, a chryzantemy oddajemy zmarłym.
Podczas ślubu swojej dawnej miłości — Matthew poznaje piękną Sylvię. Za to życie jego siostry rozpada się po pogrzebie koleżanki z pracy. Rodzeństwo Thacker jest od siebie różne. Matthew to nieśmiały romantyk, a Iris... Iris potępia go na każdym kroku. Obydwoje poznają jednak kogoś, kto może odmienić ich życie na zawsze.

Obserwatorzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Rozdział II. Iris

||
Bycie Iris Wayne stało się naprawdę uciążliwe jakieś cztery miesiące wcześniej. Myślałam jednak, że to wszystko przejdzie; zgryźliwość i chłodność odejdzie w zapomnienia, a ja i James znów zaczniemy się do siebie uśmiechać. Prawda okazała się zupełnie inna. A zawsze sobie powtarzałam: „nie wychodź za mąż, Iris, to źle się skończy. Faceci to idioci”. Szkoda, że nikt mi wcześniej nie powiedział, że czasem potrafią być przystojni.
James taki był. Przystojny, z poczuciem humoru i złośliwy. Ale ja lubiłam tę złośliwość, wcale mi nie przeszkadzała. Potrafiliśmy się świetnie ze sobą dogadać i przekomarzać. Mama, tata, brat i dziadkowie uwielbiali go i jego uśmiech, który uważali za zniewalający. To właśnie przy Jamesie poczułam jak to być kochaną, no i — cóż — jak to jest, kiedy czujesz, że nie wytrzymujesz, a wiesz, że odejście wcale nie jest takie łatwe. Ostatnio czułam się tak w szkole, gdy jak najszybciej chciałam pozbyć się koleżanek, za którymi (szczerze i do bólu) nie przepadałam. Ale w tamtym przypadku wiedziałam, że kiedykolwiek odejdę, nikogo nie zawiodę i stanę się wolna bez zbędnych przykrości. A z rozwodami już tak jest, że do łatwych nie należą.
Zaczęło się od tego, że pewnego dnia nie pojawił się na kolacji, choć dwie godziny wcześniej skończył pracę. Mogłam przymknąć na to oko, przecież ja też czasem się spóźniam, bo, na przykład, spotkam kogoś, a gdy zacznę mówić, to już nie przestaję. Pierwszą wpadkę miał przebaczoną. Drugą też, bo naprawdę miałam do niego słabość, a poza tym — sama nie chciałam się martwić, psuć dnia. Byłam zbyt wielką egoistką wolącą spędzić miło dzień niż główkować nad tym czy czasem mój mąż nie sypia z kimś innym. Mama twierdziła, że to wada, ja że zaleta. W końcu ludzie, którzy się nie martwią i nie denerwują żyją dłużej.
Trzecia wpadka, czy też „grzech”, Jamesa pominięte zostać nie mogły.
Gdy tylko wszedł do domu pachnąc perfumami i z śladem pastelowo-czerwonej szminki na szyi, musiałam interweniować. Nie pytałam, co robił, z kim i czy było fajnie, bo ja się nie denerwuję. Wzruszyłam tylko ramionami, a kiedy do mnie podszedł, żeby to wyjaśnić (obydwoje byliśmy bowiem bardzo inteligentni i domyślni, przecież cały nasz związek to domyślanie się wszystkiego), dałam mu w pysk. Oczywiście ciągle ze stoickim spokojem. Czułam się trochę jak Mary Carson* — potężna kobieta, ta która tu rządzi, ta której nikt nie przeszkadza, gdy mówi i ta której każdy jest posłuszny. 
James właśnie taki był — posłuszny — nie stawiał się, tylko wyszedł. Wtedy pozwoliłam sobie uronić kilka łez, przez co się zezłościłam. Nie ukrywałam przed nikim jak sprawa się miała. Fakt, czasem lubiłam tajemnice, ale w tym wypadku postanowiłam mówić prosto z mostu jak jest. Szkoda, że podczas reakcji na rodzinnym obiedzie, bardziej chciało mi się śmiać niż płakać.
— Ale, ale — matka się zacięła — ale jak to się rozwodzicie? 
— Tak normalnie — rzuciłam i dołożyłam babci zapiekanki. — To wcale nie takie dziwne, mamo. Ludzie tak robią...
— Chcesz nam powiedzieć, że było ci za dobrze i dlatego go zostawiłaś?!
Po słowach wuja Arnie'ego mama zakryła dłonią roztwarte szeroko usta, a babcia zatrzymała moją rękę, którą nakładałam jej już czwartą dokładkę.
Troszkę we mnie zawrzało. Postanowiłam jednak już dawno dać sobie spokój z wujkiem Arnie'em i jego podejściem do wszystkiego.
— Jak to mówią: wszystko jest możliwe, wujku — odpowiedziałam, a będący do tej pory w ogromnym szoku Matt, parsknął śmiechem i zasłonił usta dłonią, zupełnie jak mama.
Choć Matt się śmiał, a resztę z gracją wprawiłam w osłupienie, to w rzeczywistości, właśnie w tym momencie poczułam jak mi źle. Pustka i wielka chęć, aby ją ukryć, zaszyć, chciałam po prostu przytulić się do mamy albo, jeszcze lepiej, do Jamesa. Albo inaczej — do kogoś, kto by mnie zrozumiał na tyle, żeby mnie teraz przytulić i zabić pustkę. Pif-paf, nie żyjesz, bandyto.
Uświadomiłam sobie, że nigdy nie przyznam się do tego, że mąż mnie zdradził. Okazało się to być najtrudniejszą rzeczą w moim życiu, tylko dlatego, że moja duma mówiła: „nie rób tego!!! dopiero teraz zobaczą jaka jesteś żałosna!!!”. Nikt nie mógł wiedzieć, nawet mama czy Matthew, to by było zbyt bolesne. Ogłaszam, że największą porażką życiową Iris Thacker jest zdrada męża.
Swoją drogą — czy ta kobieta jest ładniejsza ode mnie?!
— Jasna cholera! — krzyknął wuj i uderzył pięściami o blat stołu aż mały Sid podskoczył na krześle. — Richard, dlaczego ty pozwalasz na takie rzeczy pod swoim dachem?! 
Tata siedział spokojnie i wpatrywał się w srebrny widelec z ulubionej zastawy stołowej mamy, a zarazem ich prezentu ślubnego. Przez pewien czas zapadła cisza, podczas której słychać było tylko wściekłe sapanie wuja Arnolda.
— Cokolwiek się nie działo, nie miało to miejsca pod moim dachem — stwierdził w końcu tata. — I niech tak pozostanie.
Nie miałam odwagi na niego spojrzeć, bojąc się jego chłodnych błękitnych oczu, dlatego wpatrywałam się w Matthew, który zdążył już opanować chichotanie. Nie wiem, co myślał o moim rozwodzie, czy to popierał. Wszyscy lubili Jamesa, Matt też, choć ostatnio odniosłam wrażenie, że odnosi się do niego z urazą.
Nikt już nic nie powiedział, słów na komentarze zabrakło nawet wujkowi, który poddał się woli starszego brata, widać było jednak, że potępia zasady taty. Zawsze taki był; dużo wrzeszczał, wyolbrzymiał, a potem udawał, że nic się nie stało. Właśnie dlatego znów jedliśmy, ale bez słów. Matthew wyraźnie chciał nawiązać ze mną kontakt wzrokowy, co oznaczało, że nie tylko ja miałam ochotę zamienić z nim kilka zdań. Oczywiście jemu się nie dziwię, ale na pewno będę musiała powiedzieć mu o  p o w o d z i e, dla którego się z Jamesem rozwodzimy. 
Cóż, jestem dużą kobitką. Improwizacja przede wszystkim.
Kulminacyjny moment spotkania nastąpił jednak dopiero wtedy, gdy babcia, zadziwiając wszystkich, a dziadka to nawet wprawiając w osłupienie (nie mógł zamknąć ust), wypaliła:
— Ja też chciałam się kiedyś z tobą rozwieść.


Po posiłku Matthew nie chciał mi odpuścić, zaszyliśmy się więc w moim starym pokoju z  e k s k l u z y w n ą  tapetą w kwiatki.
— Musisz mi coś chyba wyjaśnić — zaczął i odgarnął jasne włosy z czoła. — Iris, kurka, co się stało?
Tym razem „kurka” mnie nie rozbawiło, wydawało się zupełnie nieśmieszne. Pierwszy raz Matt może być ze mnie dumny.
— No wiesz — znów chcę być Mary Carson, dlatego odsuwam krzesło od małego stolika i siadam na nim zakładając nogę na nogę — nie ma o czym mówić. Okazało się, że James jest z niższej półki. I tyle. 
— To jego wina?
— Oczywiście — prychnęłam.
Matthew wyglądał tak jakby nie wiedział czy się cieszyć, czy smucić.
— Wiesz, na twoim miejscu, z czysto logicznego punktu widzenia, nie uwierzyłabym mi, bo w  t a k i c h  sytuacjach zawsze zrzuca się winę na tego drugiego. Ale biorąc pod uwagę to, że przeważnie kierujesz się emocjami, uznam, że zanim ci nie powiedziałam, to wierzyłeś mi. Poza tym jesteś moim bratem. Wy zawsze bronicie swoich sióstr, nawet starszych. Takich, które nie pytają, jak przeżyłeś ślub Niny...
To była najlepsza zmiana tematu w moim życiu.
— To nie tak, Iris... — szepnął, nagle zbity z tropu. — Ślub Niny nie był najgorszą rzeczą w moim życiu. — Ręce zaczęły mu się trząść. — Powinienem się cieszyć, bo jak kocha to wróci, ale... Nina nie wróci.
Moc jego słów, nie zważając już na to, że miał śmieszny, brytyjski akcent, uderzyła mnie gwałtownie. Serce zabolało. Ona nie wróci, tak samo jak moje zaufanie do Jamesa i brak wstydu.


*


W domu na Hoskins Street jak zawsze panowały ciemności. Nikt tu nie zapalał światła, a brak jakichkolwiek lamp ulicznych, przypominał mi tylko o tym, że w życiu jest ciemno jak w dupie u Murzyna. Nie, rasistowsko, trzeba to powiedzenie wykreślić z mojego słownika.
Odkąd kazałam Jamesowi kulturalnie zrobić wypad, radzę sobie z samotnością wmawiając sobie, że jest mi bardzo dobrze i że James Wayne był głupi. Dlatego właśnie, gdy siedziałam na fotelu, jeszcze w czerwonym palcie, pijąc czerwone wino z paznokciami pomalowanymi na czerwono, nie zdziwiłam się, widząc Jamesa Wayne'a w  m o i c h  drzwiach. Był głupi, więc przyszedł prosto w moje szpony.
Trzymał czarną ramoneskę przewieszoną przez ramię, jak zaawsze nieogolony i wpatrywał się we mnie niebieskimi oczami pełnymi żalu. Nie wstałam jednak i go nie zabiłam, brudząc dywan krwią, tylko dalej siedziałam, jakby nieobecna.
— Iris — dosłyszałam — myślę, że powinniśmy porozmawiać. Naprawdę, uwierz mi, ja nie chciałem, czułem po prostu, że jestem bezsilny wobec...
— O Boże, James, przestań mnie denerwować! — uniosłam głos, nie dając mu dokończyć. — Możesz nie wierzyć, ale nigdy już nie wrócisz na swoją dawną pozycję.
Zrobił kilka kroków w moją stronę, tak, że czułam jego oddech. Byliśmy w tym samym pomieszczeniu, zaledwie kilka centymetrów od siebie, a ja ciągle zachowywałam spokój.
Punkt dla Iris.
— Nie możesz mnie za wszystko winić — szepnął i przykucnął, łapiąc mnie za lodowatą dłoń. — Iris, naprawdę, zdawałoby się, że jesteś kompletnie aseksualna... Nie chodzi o to, że nie da się tak z tobą żyć, ale, wiesz...
Przez chwilę myślałam, że się przesłyszałam.

_______________________

* Mary Carson — jedna z postaci z książki Ptaki ciernistych krzewów.

Rozdział I. Matthew

||
Niechcący kopnąłem w kościelną ławkę i szybko rozejrzałem się dookoła. Nikt jednak nie zwrócił na mnie uwagi, mogłem więc udawać, że bardzo cieszę się z tego, co rozgrywa się przed moimi oczami. Coś ściskało mnie w żołądku, było mi też trochę niedobrze, a do poczerwieniałych oczy podchodziły łzy. Ale to nie przeszkadzało ani księdzu, ani — przede wszystkim — parze młodej.
— Oni są tacy piękni — zawyła jakaś babcia obok mnie. — Och, proszę, masz chusteczkę, synku. Myślałam, że tylko my, starsi, tak się wzruszamy na takich ceremoniach.
Wziąłem od niej chusteczkę, otarłem oczy i głośno wydmuchałem nos. Kilka osób chrząknęło znacząco.
Nina stała tuż przede mną, też płakała. Tak bardzo chciałem ją ucałować, dotknąć jej twarzy. Ale nie mogłem się stąd wyrwać, bo przed kompletnym ośmieszeniem się i narażeniem na dostanie piąchą w twarz od jej narzeczonego... Och, nie, od jej męża. Nie, właściwie to nic mnie nie trzymało. Nic prócz n i e j.
Nie miała tak pięknej sukni jak Iris w dniu swojego ślubu. Nina postawiła na mnóstwo falban i wielkie, bufiaste rękawy. Nie robiło mi to jednak różnicy, podobała mi się we wszystkim, nawet wtedy, kiedy płakał z uśmiechem na twarzy, patrząc prosto w oczy swojego męża.
Znów bolało.
Przez chwilę zastanawiałem się, czy dobrym pomysłem byłoby krzyknięcie: „nie! Ja się nie zgadzam!”.
W ręku ściskałem bukiet żonkili. Oznaczały miłość, nieodwzajemnioną, ale miłość. Taką, jaką darzyłem Ninę. Jestem gotów sądzić, że jej mąż, Brad, nigdy nie będzie kochać jej tak bardzo jak ja.  Ale co ja tam o nim wiem, jest aktorem teatralnym, oni potrafią kłamać w żywe oczy. Swoją drogą, czy zawód aktora teatralnego jest bardziej romantyczny od pracownika księgarni? Muszę zapytać Iris. Ale zgaduję, że tak skoro Nina wybrała Brada.
On ścisnął jej chudą, opaloną rękę i drżącymi dłońmi nałożył obrączkę na jej palec. Uśmiech na twarzy Niny przerodził się w głośny okrzyk radości. Wszyscy się cieszyli, ksiądz otarł łzę, która spływała po jego policzku.
Nie. Nina nie wybrała Brada, bo nigdy nie dowiedziała się, że kochałem ją naprawdę mocno. Myślała, że jest moją kolejną, nudną dziewczyną. Choć wcale nie byłem podrywaczem, prędzej już moja siostra, Iris. Naprawdę się w niej zakochałem; w jej rudych lokach, piegowatym nosie, zielonych, błyszczących oczach i słodkim głosie. I — na ironię — lubiła żonkile. Przyszedłem tu tylko dla niej, chciałem odbyć ostateczne pożegnanie. Okazało się jednak, że jestem samolubem i nie potrafię dać odejść Ninie. A w końcu, jeśli kogoś się kocha, to pozwala mu się odejść. Podobno też ma wrócić, ale w naszym przypadku nie jest to możliwe. 
Pocałował ją. 
Tchórz! Tchórz! Wyszedłem z ławki. Tchórz! Tchórz! Ostatni raz spojrzałem na Ninę, ale ona nie zwracała na mnie uwagi, jego usta były ważniejsze. Tchórz! Tchórz! Szedłem szybkim krokiem do wyjścia, dobrze wiedziałem, że wzrok wszystkich gości skierowany był na mnie. Tchórz! Tchórz! Tchórz! Przypomniałem sobie o kwiatach, dlatego odwróciłem się w kierunku jednej z ostatnich ławek. Siedziała w niej jakaś kobieta, zwrócona do mnie tyłem. Tchórz! Podszedłem do niej i znieruchomiałem.
Spojrzała mi prosto w oczy z delikatnie rozchylonymi ustami. Długie, czarne włosy opadały na jej ramiona. Na pewno nie był Brytyjką, prędzej Włoszką. Taką piękną.
Oniemiały wręczyłem jej bukiet żonkili i pognałem przed siebie, oglądając się tylko dwa razy. Raz spojrzałem na kobietę, raz na Ninę.
Obydwie patrzyły wprost na mnie.
Na dworze, szamotałem się przez kilka minut z kluczykiem od samochodu. Nie chciał się otworzyć. Wszystko musiało działać dzisiaj przeciw mnie! Kopnąłem w koło, noga zabolała. Ewidentnie za dużo kopię. 
Spojrzałem na katedrę świętej Barnaby. Wiedziałem już, że będę jej nienawidzić i że do końca życia kojarzyć mi się będzie z Niną, Bradem, ich głupim ślubem i zasmarkanym nosem. Jedyne miłe rzeczy jakie mnie tam spotkały to ta babcia od chusteczek i Włoszka, która siedziała teraz z moimi drogimi żonkilami dla Niny. Wyobrażałem sobie ten dzień zupełnie inaczej. Chciałem spokojnie przesiedzieć w trakcie ceremonii, powstrzymać serce i uronić tylko dwie łzy. Potem pogratulowałbym Ninie i Bradowi, trochę za mocno ścisnął jego rękę i wręczył jej bukiet. Potańczył z ładną dziewczyną, taką jak ta Włoszka, trochę się napił, najadł i poszedł do domu.
Naprawdę dobrze by było zatańczyć z tą Włoszką i popatrzeć w jej czarne oczy, dotknąć miłej w dotyku, delikatnie opalonej skóry... A jeśli nagle okaże się, że jestem zbyt kochliwy? I naprawdę nie kocham Niny? Czy ja wyolbrzymiam? Nie, Nina ciągle bolała.
Myślałem, że to już koniec przedstawienia przed moimi widzami-przechodniami patrzącymi na zapłakanego faceta przed katedrą, bo samochód w końcu się otworzył, ale ewidentnie końcem to nie było. Pewnie nawet bym  j e j  nie dostrzegł, bo nie patrzyłem, ale krzyczała. I nie była to Nina. 
— Proszę pana! 
Nie reagowałem.
— PROSZĘ PANA!
Odwróciłem głowę i znów ujrzałem piękną włoszkę. Biegła do mnie z żonkilami w ręku. Materiał jej bordowej sukienki powiewał na wietrze. Zrobiłem dwa kroki do przodu, kiedy ona była już przy mnie. Ciągle perfekcyjna.
— Coś się stało? — zapytałem i opuściłem bezradnie ręce. — Kwiaty się nie podobają?
Zmieszała się.
— Nie, są bardzo piękne. Dziękuję. — Dotknęła żółtych płatków długimi palcami. — Chciałam zapytać czy to panu nic się nie stało.
— Zupełnie nic. — Potrząsnąłem głową. 
— To dobrze — ona za to nią pokiwała, jej włosy mieniły się w blasku popołudniowego słońca — ale pan tak wyszedł. Nie wiedziałam. Myślę tylko, że kwiaty powinny trafić do właściwego adresata.
— Słucham?
Cofnęła się o krok i spojrzała mi prosto w niebieskie oczy. Musiałem spuścić wzrok.
Gdybym kiedykolwiek był malarzem, twórcą, artystą to wiedziałem już jakby wyglądała moja muza. Pierwszy raz na oczy widziałem muzę, ale od razu zrozumiałem, że tak właśnie wyglądają muzy.
Są Włoszkami.
— One nie były dla mnie. Nie chodzi o to, że się nie cieszę. Tak po prostu.
— Jesteś ciekawa do kogo powinny trafić?
Chciała zaprzeczyć, ale nie zdążyła.
— Do panny młodej — szybko odpowiedziałem.
Teraz ona nie patrzyła na mnie, a ja wiedząc, że dzień już się kończy i że w nocy nie będę mógł na nią patrzeć, zrobiłem to teraz. Perfidnie. Nie była jak Nina, bo w Ninie nauczyłem się dostrzegać piękno. Takich kobiet, których uroda zabijała się wystrzegałem, a taką była właśnie Włoszka. Mogłem tylko patrzeć.
Patrzyłem więc długo.
— Wie pani, pannie młodej z reguły daje się bukiet kwiatów. Mógłbym się tym wytłumaczyć, jednak źle to wygląda, biorąc pod uwagę to, że wyszedłem w trakcie pocałunku. To może trochę przeszkodzić w pani wyobrażeniu moich uczuć do panny młodej — powiedziałem po chwili. — Muszę już iść. Do widzenia.
Ona już nic nie mówiła, pozwoliła mi wsiąść do starego samochodu, męczyć się przy czterominutowym zapalaniu go i odjechać. Naprawdę miałem ochotę spalić się ze wstydu. Nigdy jeszcze nie zwróciłem na siebie uwagi tylu osób naraz. 


*


Dom rodziców od kilkunastu lat nie przeszedł remontu, choć ewidentnie go potrzebował; żółte tapety w kwiatki z kuchni i jadalni wyglądały naprawdę odpychająco, a co gorsza, kojarzyły mi się z ciotką Dolores, która wpychała we mnie szpinak, gdy miałem osiem lat. 
Jak w każdy wtorek, mama zrobiła zapiekankę, pozapraszała wszystkich i oczekiwała zdobycia najświeższych plotek, takich, które można przeżywać przez następne dwa dni. Siedzieliśmy więc w ósemkę przy wielkim stole narad mamy i czekaliśmy aż poda do stołu. Dziadek opowiadał właśnie jakąś historię o połowie ryb, babcią zawładnął nieopanowany chichot, Iris co chwila latała do kuchni, aby upewnić się czy mama nie potrzebuje pomocy, tata chyba zasypiał, ciotka i wuj z zainteresowaniem słuchali dziadka, a ich wnuczek — Sid kopał mnie w nogę. Przy stole brakowało tylko Grace i Mike'a, moich kuzynów i rodziców Sida. W ostatniej chwili okazało się, że coś im wypadło. Widocznie mieli bardzo ważny powód, aby tu nie przyjść. Spotkania rodzinne nie były takie złe.
Dopóki...
— A powiedz mi, Matthew — zwrócił się do mnie wuj i zaczął głaskać się po siwawej brodzie — ty to masz już jakąś nową narzeczoną?
Postawmy sprawę jasno: nigdy w życiu nie miałem narzeczonej, nawet nikogo na stałe. Jednak każda moja dziewczyna (a było ich sporo, z uwagi na to, że imponuje im chyba gapowatość) została na samym starcie ochrzczona „narzeczoną”. Wuj miał ogromny problem ze związkami. Wydawało mu się chyba, że każdy powinien żenić się w wieku lat dwudziestu pięciu, a w wieku dwudziestu sześciu — mieć już dzieci. Przynajmniej piątkę.
— Nie, nie mam, wujku — odpowiedziałem, myśląc o tym, aby wydłubać mu oko widelcem, którym,podczas ataku śmiechu, machała babcia. 
Wuj pokiwał głową i znacząco spojrzał na swoją żonę. Mieli mnie za kompletnego ciamajdę.
Mama weszła do kuchni z zapiekanką, więc uznałem, że skoro są wszyscy, mogę powiedzieć im o moim postanowieniu sprzed trzech dni, na któe wpadłem siedząc samotnie po ślubie Niny.
Podniosłem się, głośno szurając krzesłem.
— Cóż, skoro i mama jest już w pomieszczeniu, a my jesteśmy przy temacie mojego życia — rozpocząłem, a oczy wszystkich zwrócily się ku mnie.
Mama wytarła ręcę w fartuszek i z zatroskaną miną usiadła na swoim, dziewiątym miejscu. Za to babcia i dziadek chyba dopiero teraz uświadomili sobie, że tutaj jestem.
Zapadła cisza, a ja poczułem się speszony. Jak na szkolnym przedstawieniu.
— Chciałem tylko powiedzieć, że nie zamierzam już spotykać się z kobietami — dokończyłem.
Tata się ocknął, czknął głośno i ryknął:
— TO ZNACZY, ŻE PRZERZUCASZ SIĘ NA FACETÓW?!
Zapanował chaos; mama przeżegnała się, babcia chyba mdlała, Iris parsknęła śmiechem, wuj krzyknął: „wiedziałem!”, ciotka zrobiła się czerwona na twarzy, a Sid zaczął mocniej kopać mnie w nogę.
— Nie! Nie! — Uniosłem ręce w górę. — Po prostu robię sobie przerwę.
Dziadek zdołała ocucić babcię i wszyscy zrobili się spokojni. Tylko wujek wyglądał na niezadowolonego. 
— To dobrze, czasem trzeba zrobić sobie wolne od bab — orzekł tata i zabraliśmy się do jedzenia.
Zaraz po tym nastąpiły rozmowy mamy i cioci, któe zawsze kręciły się wokół tego samego:
— Tereso — poiwiedziała ciocia — do zapiekanki dodałaś parmezanu czy innego sera?
— Ach, wiesz, Dick, nie chciał...
I tak rozpoczęła się rozmowa zupełnie nie na temat sera, czy jedzenia, a wszystkiego.
Kiedy Sid przestał kopać mnie w nogę, powróciłem myślami do ślubu Niny. Próbowałem odtworzyć w myślach — po raz kolejny — to, co naprawdę chciałem jej powiedzieć. W jednej z wersji podchodziłem do ołtarza, odpychałem Brada i to ja całowałem Ninę. W jeszcze innej dawałem jej kwiaty, wyznawałem miłość, a ona uderzała mnie w twarz. Potem Brad. W tej najbardziej melancholijnej po prostu patrzyliśmy sobie w oczy ze smutkiem.
— Iris, dlaczego nie ma Jamesa? — zapytała mama, nagle odrywając się od rozmowy z ciotką.
Iris spojrzała na nią rozkojarzona, ciągle pochłonięta nowym serialem babci, o której ta jej opowiadała.
— Pracuje — odpowiedziała cicho.
Tak naprawdę mama już dawno straciła nadzieję na to, że James się kiedykolwiek pojawi. Pytanie o niego jednak zostało jej tradycją.
James był mężem Iris od dwóch lat, ale na co tygodniowych spotkaniach mamy pojawił się tylko trzy razy. Za pierwszym szybko wyszli, za drugim upił się z tatą, a za trzecim razem wydawał się być najmilszym człowiekiem na świecie. James chyba mnie nie lubił i nie lubił też naszych spotkań. Powiedział kiedyś, że cieszy się, że mógł zabrać ode mnie Iris, co niezbyt dobrze przyjąłem, ale bicie swojego szwagra, w dodatku wyższego ode mnie o głowę, nie było dobrym pomysłem.
— Ale, tak właściwie — Iris odłożyła sztućce — to ja i James sie rozwodzimy.
Tym razem wujek nie krzyknął: „wiedziałem!”.